Amadeusz czy Don Juan?

Opublikowano: 24-06-2010

sambor

sambor.bmpDK: Skończyłeś Wydział Aktorski w łódzkiej filmówce, nie żałujesz, że nie zostałeś pianistą? Będąc przecież w szkole podstawowej uczęszczałeś jeszcze do szkoły muzycznej.

Sambor Czarnota:
Tak to prawda. Ja często żałuję, że nie jestem kimś innym. Za bardzo chciałbym zajmować się różnymi rzeczami. Można powiedzieć, że mam bałagan w głowie. Pianista to bardzo piękny zawód. Teraz wróciłem z międzynarodowego festiwalu muzycznego Amber Balic w Międzyzdrojach i obserwowałem tam naprawdę wielkich muzyków, chopinistów. W tym roku festiwal odbywał się pod hasłem Romantyków – Schumana i Chopina. I po raz kolejny potwierdziło się dla mnie, że to jest naprawdę piękny, ale i bardzo ciężki zawód. Bardzo twórczy, ale i wymagający ogromnej pracy, ale dający wiele satysfakcji. Czy ja żałuję? Żałuję i nie żałuję jednocześnie. Bo dziś też mam ciekawy zawód. Na pewno ta szkoła muzyczna mi procentuje. Debiutowałem rolą Amadeusza i tu na pewno ta gra na fortepianie była bardzo pomocna.

DK: Skąd wziął się u Ciebie pomysł na aktorstwo?

SC: Szczerze mówiąc nie wiem. Być może z braku pomysłu na siebie. Myślałem, że będę prawnikiem. Wiele osób w mojej rodzinie jest związanych z prawem. Później chciałem iść na medycynę, gdyż byłem w klasie biologiczno-chemicznej. Moje pójście do szkoły aktorskiej zdarzyło się trochę przez przypadek. Za pierwszym razem nie dostałem się, a że jestem uparty  i pomyślałem jak to ja się nie dostanę, więc podszedłem do egzaminów drugi raz i udało się. Złapałem tego bakcyla.

DK: Wspominałeś wcześniej o debiucie jako Amadeusz, czy pamiętasz uczucie, które Ci wtedy towarzyszyło? 

SC:
Debiuty można różnie określać. Pierwszy występ na scenie, to był dyplom starszych kolegów na moim drugim roku. Byłem wtedy totalnie zielony i występowałem z kolegami z czwartego roku w przedstawieniu „Euklides albo tajemnica sardynki” gdzie zagrałem trzy role:  króla Bokubli, sprzedawcę i biznesmena. Pamiętam, że czułem wtedy adrenalinę i odpowiedzialność za role, które były mi powierzone. Kolejne doświadczenia to już mój dyplom i rola Amadeusza, a następnie Romeo w Romeo i Juli. Zawsze czuję pewnego rodzaju spięcie i adrenalinę przed występem. Jak już wychodzę na scenę to stres mija. Natomiast kiedyś bardzo znany polski aktor powiedział mi, że stres towarzyszy nam zawsze przed występem. Nie można się tego nauczyć, żeby jego nie było. Dopóki mamy takie uczucie, to znaczy,  że możemy nadal uprawiać ten zawód.

DK: Mówiliśmy o Twoim debiucie na scenie, a czy pamiętasz swój debiut w kuchni, wiem że gotujesz?

SC: Powiedziałbym, że mój debiut w kuchni był gdy byłem małym dzieckiem, nie do końca jeszcze świadomym. Moja mama gotowała tylko jedną ręką bo na drugiej trzymała mnie i  wydaje mi się, że wtedy właśnie był mój debiut w kuchni :-). Wtedy zakorzeniło się we mnie poczucie estetyki smaku. Uważam, że gotowanie to pewnego rodzaju magia, coś ponad, a jeśli jest jeszcze pasją, daje radość dla ducha i dla podniebienia to super. Mnie cieszy jak uda mi się ugotować coś fajnego, ale również gdy robią to inni, gdy można skosztować potraw różnych szefów kuchni np. na takim konkursie jak Martell.

DK: No właśnie, byłeś w jury koneserów na Martellu, jak z perspektywy czasu oceniasz ten konkurs?

SC: Od kiedy pamiętam jest to konkurs organizowany na bardzo wysokim poziomie. Kucharze otrzymują trzy różne składniki, które muszą użyć plus swoje by stworzyć dania. Degustowanie tych wszystkich potraw to prawdziwa frajda dla oka i podniebienia. W tym roku zaskoczyła mnie na konkursie technika molekularna. Nie zdawałem sobie sprawy, z punktu widzenia chemicznego, że można podać sproszkowaną oliwę z oliwek, która w reakcji z ciepłym daniem robi się płynna. Takie moje uczestnictwo w wyjazdach kulinarnych inspiruje mnie do eksperymentowania w kuchni. Pobudza moją wyobraźnię. Ostatnio jestem zwolennikiem używania kolendry. Nie ukrywam, że Karol Okrasa mnie trochę zaraził tą kolendrą – królową ziół. Teraz byliśmy z Karolem na wyjeździe w Maroko, gdzie poznawaliśmy różne tajniki kuchni marokańskiej. Tam kosztowaliśmy tadżiny, kurczaki przygotowywane na słodko z kuminem, szafranem czy innymi przyprawami, ponadto jagnięcinę w różnych konfiguracjach.

DK: Jaki jest Twój smak z dzieciństwa?

SC: Nie wiem dlaczego, ale kojarzy mi się z natką pietruszki, botwinką, zupami, pierogami mojej babci, z zapachem krupniku. Smaki dzieciństwa to są proste dania ale przepyszne. To jest na pewno tort orzechowy mojej mamy. Ponadto rogale marcińskie. Nie mam jednego smaku z dzieciństwa, po prostu na samą myśl mam burzę mózgu i pojawiają się różne potrawy. Dodałbym jeszcze gołąbki mojej babci i kurczaka z półsłodkim farszem i do tego były buraczki z delikatnego octu, małe okrągłe. Pycha…

DK: Czy zdarzyła Ci się sytuacja, że grając na scenie zachciało Ci się jeść i nie mogłeś skupić się na roli?

SC: Nie zdarzyło mi się. Lubię tak na pół głodnego występować. Ponieważ, gdy jest się za bardzo najedzonym to rozleniwia a na scenie trzeba być aktywnym. Natomiast w ostatniej swojej roli i to warto powiedzieć, w przedstawieniu „Wg Agafii” na motywach Ożenku Gogola, gram takiego fajtłapę Podkolesina, który ma swój koszyczek z jedzeniem – taki swój świat. Podkolesin jest degustatorem, smakoszem. Moje zamiłowanie do kuchni zamiłowałem w tej roli.

DK: Gdybyś nie był aktorem, to co byś robił w życiu?

SC:
Na pewno byłoby to coś związane ze sportem, coś aktywnego. Może uczyłbym w Alpach jazdy na nartach. Nie lubię stagnacji, zasiedzenia, muszę działać. Potrzebuję adrenaliny, wyzwań.

DK: Gdzie możemy Cię zobaczyć w najbliższym czasie?

SC: Generalnie nie jestem związany z jedną produkcją, ale pytam zawsze o fajne role do zagrania. I tak, występuję w „Ojcu Mateuszu” i w „Nowej”, był serial „Sprawiedliwi”. W sierpniu zaczynamy zdjęcia do fabuły pełnometrażowej gdzie będę grał główną rolę męską. Jest to thriller psychologiczny pod roboczym tytułem „Z piekła rodem”. Również w Teatrze Scena Prezentacje stale gram. Na jesieni Chopin, ale tak daleko na razie nie wybiegam w przyszłość.

DK: Twoja ulubiona postać, którą grałeś do tej pory?

SC: Amadeusz, to jest moja pierwsza rola. Do wszystkich pierwszych rzeczy, sytuacji zawsze podchodzimy bardziej emocjonalnie i tak było w przypadku Amadeusza. Zupełnie jak z pierwszą miłością, pierwszym smakiem…

DK: Wymarzona rola, w której chciałbyś zostać obsadzony?

SC: Chciałbym zagrać Don Juana i postaci niejednoznaczne, w których mógłbym się zmieniać jak kameleon.

DK: Pozostaje mi życzyć Ci roli Don Juana i tych wszystkich, w których chciałbyś zaistnieć.

SC:
Bardzo dziękuję :)