DANIEL WANKE

Opublikowano: 21-03-2017

Zrzut ekranu 2017-03-21 o 20.54.46

Żeby być szczęśliwym, spełniającym swoje marzenia człowiekiem trzeba obierać sobie cele i nieustannie dążyć do ich realizacji. Oprócz tego ważny jest pomysł na własne ja. Zobaczcie w jaki sposób spełnia się nietypowy Szef kuchni Daniel Wanke.

NG – Czy kuchnia była od zawsze dla Pana ważna?

Kuchnia zawsze w moim życiu była obecna, i była ważna. W moim domu rodzinnym bardzo dużo się gotowało, i było to niejako przekazywane z pokolenia na pokolenie. Mimo, że na początku było to zwykle gotowanie w domu dla znajomych.

NG – Nie jest Pan zwyczajnym szefem kuchni, czytając na stronie facebookowej o Panu widzę wolnego ptaka. Czuje się Pan artystą?

Po prawie pięciu latach typowej pracy na kuchni, stwierdziłem że nadszedł czas na realizacje własnych marzeń i pracowanie na własne nazwisko, żeby było ciekawiej – jako szef kuchni freelancer. Sam siebie nigdy nie nazwałbym artystą, w tej kwestii mam w sobie dużo pokory.

NG – Co uważa Pan za swój największy sukces?

Największym sukcesem jest chyba sam fakt, że udało mi się. Nie kojarzę aby ktoś wcześniej na Śląsku obrał taką drogę i robił np. kolacje pop-up. Ale też każda wracająca na moje warsztaty kulinarne osoba to taki mały sukces i uczucie spełnienia w przekazywaniu wiedzy i nauczaniu. Ogólnie cieszę się z małych rzeczy.

NG – Skąd pomysł na projekt Wanke Cook’ink? 

To była spontaniczna akcja pewnego letniego wieczoru, kiedy złożyłem już wypowiedzenie w pracy, i chciałem wyjeżdżać do Warszawy. Podczas kolacji wpadliśmy na pomysł ze znajomymi, że może warto spróbować zrobić tutaj coś, czego nikt inny wcześniej nie zrobił. I jak się okazało był to strzał w dziesiątkę.

4

NG – Jakie są plusy tego, że nie jest Pan absolwentem szkoły gastronomicznej? 

Niewątpliwym plusem jest fakt, że zacząłem pracę niejako od zera – bez żadnych naleciałości, jednak najważniejszy jest fakt że gotuję dlatego że to kocham i daje mi to uczucie spełnienia, a nie dlatego że to mój wyuczony zawód i muszę to robić.

NG – Ma Pan swojego „idola kulinarnego”, który Pana inspiruje?

Jestem od zawsze zapatrzony w Stany Zjednoczone i kuchnię łączącą foodporn z dalekim wschodem, zatem Eddie Huang, David Chang, Ivan Orkin, Matty Matheson, Roy Choi czy Action Bronson – zdecydowanie nie są to typowi szefowie kuchni robiący finedining.

NG – Jaka kuchnia jest najbliższa Pańskiemu sercu?

Pracując na kuchni, poznałem dogłębnie kuchnię śródziemnomorską z autorskim zacięciem, więc trudno jej nie wymienić. Jednak tak naprawdę moje serce skradła kuchnia azjatycka – tak do niedawna niedoceniana, i kojarzona głównie z sushi i tanimi barami chińskimi (serwującym tak naprawdę kuchnię polsko-wietnamską). Bogactwo smaków kuchni azjatyckiej, ich łączenie, jej lekkość i świeżość.

NG – Gdzie szlifował Pan swoje umiejętności kulinarne?

Chorzowska Mañana Bistro & Wine Bar, zostałem przygarnięty jako pasjonat z niewielkimi umiejętnościami, a wyszedłem stamtąd jako doświadczony kucharz – przynajmniej tak mi się wydaje ☺ Spędziłem tam paręnaście tysięcy godzin, istna szkoła życia i kuźnia charakterów – ale bardzo dobrze wspominam ten czas.

3

NG – Ma Pan jakieś nowe plany związane z branżą gastronomiczną?

Nie można stać w miejscu, zatem nie zamierzam już do końca życia być freelancerem. Nie ukrywam że myślę o swoim miejscu, serwującym ludziom to co mam głowie i sercu.

NG – Co według Pana jest najważniejsze w gotowaniu? 

Serce. Nie mając go do gotowania nie zajdziemy daleko. Ja poprzez jedzenie określam siebie, nie wyobrażam sobie że robiłbym to nie kochając tej pracy.

NG – Ma Pan swoje motto życiowe?

Motto jako takiego nie mam, ale wraz z zagłębieniem się w kuchnię azjatycką poznałem 13 praw karmy i staram się żyć według nich – żyję po swojemu, idę własnym tempem.

Dziękujemy za wywiad i życzymy dalszych sukcesów.