Debiutantka podbiła serca Polaków

Opublikowano: 28-05-2010

VIPY

malgorzta.kalicinska001.jpgDK: „ Dom nad rozlewiskiem” to pierwsza Pani powieść, skąd pomysł na taką książkę?

Małgorzata Kalicińska: To jest mój bardzo późny debiut. Nigdy nie pisałam wierszy do ukochanych facetów, w których podkochiwałam się w podstawówce, jedynie przelewałam myśli w pamiętniku, pisałam listy. Epistolografia jest dobrą podstawą by później radzić sobie ze słowem pisanym. Powieść powstała na Mazurach, gdy byłam już upadłą restauratorką. W ramach takiej psychoterapii kiedy nasz ośrodek na Mazurach upadł, a mnie serce krwawiło napisałam sobie książkę.
Po pierwsze jest to powieść obyczajowa, która toczy się na terenie domu. Mamy tu akcje związane z podwórkiem, werandą, salonem, sypialnią ale przede wszystkim sercem każdego domu jest kuchnia. Dlatego też akcja dzieje się w kuchni. Nie może być przecież tak, że bohaterowie sobie rozmawiają i w tej kuchni zachowują się jak w muzeum. Tak jak w każdym domu kuchnia pachnie, coś się w niej dzieje. Zazwyczaj jest to najfajniejsze miejsce w czasie przyjęć, gdzie kuchnia jest miejscem najbardziej obleganym. Teraz zresztą bardzo popularny zrobił home’ing czyli takie wspólne pitraszenie, gotowanie.

Druga rzecz to jest anegdota związana z moim synem, który miał lat 9 i nie mógł przeżyć, że skończył się jego ulubiony serial „Robin Hood”. Dlatego kupiłam mu książkę „Robin Hood” i powiedziałam Stasiu kontynuuj swoją przygodę. I pewnego dnia mój syn wpada do kuchni i mówi do mnie: Mamo daj mi pasztet!. Odpowiedziałam synowi, że mam tylko jajka i parówki. Na co on mówi: Nie ja muszę zjeść pasztet! Po czym okazało się, że mój syn czytał właśnie jak Robin Hood wraz ze swoimi kompanami ukradł pasztet i konsumował go w lesie. A mój syn dostał ślinotoku i musiał zjeść pasztet. Pomyślałam sobie wtedy, że niektórzy pisarze mają taki dar, że jak piszą o jedzeniu, to rzeczywiście czytelnik odkłada tę książkę i sięga po to coś z kuchni. Wiele zresztą osób wspominało mi, że czytając scenę z „Domu nad rozlewiskiem”, w którym Małgorzata kupuje parówki i musztardę sarepską i je te parówki, udało się do najbliższego sklepu by móc również zaspokoić swoje pragnienie skosztowania parówek. 

DK: Czy spodziewała się Pani takich reakcji czytelników?
MK: Nie. Ja pisałam książkę do szuflady, dla samej siebie. Nie miałam przed oczami tego, co dziś nazywa się Target group. Później dopiero przyszło zdumienie, wielkie zaskoczenie i wielka frajda, że jest taki odzew.

DK: Powiedziała Pani, że napisała tę książkę dla siebie na krwawiące serce. Czy książka pomogła?
MK:
W dwójnasób. Po pierwsze to nie jest książka, w której ja przelewam traumę, którą wtedy przechodziłam, nie czułam zresztą takiej potrzeby. Chciałam napisać takie „Dzieci z Bulerbyn” ale dla dorosłych. Książkę, która w pewien sposób utuli, uspokoi, która będzie pewnego rodzaju katharsis, aczkolwiek przez melisę. Ta książka miała być taką melisą, a nie rozliczeniem się  z tym co się stało. Ja tak odreagowuję. Natomiast drugim dnem jest niespodziewany sukces tej książki, który spadł na mnie z nieba i do dziś się szczypię, czy to naprawdę się wydarzyło.

DK: Jest mnóstwo przepisów, które przewijają się w książce. Czy to są Pani przepisy czy zapożyczone. Pani sama gotuje?
MK: Jestem matką karmiącą ustawicznie. Jak ktoś wpada do mnie do domu to pierwsze pytanie jest: jadłeś coś, nie jesteś głodny? To jest taka specjalność matek karmiących. Myślę, że każda kobieta, która jest matką karmiącą ma mnóstwo takich przepisów w rękawie. Natomiast ja w swojej książce chciałam uratować tzw. bieda przepisy. Z wyjątkiem trzech czy czterech przepisów, nie ma w niej wykwintnych dań. Namawiam wiele osób by gromadzić i sięgać po te przepisy. Zarchiwizujmy tę bieda kuchnię, by ona nam nie umarła. Młode ziemniaki ze skwarkami, koprem i zsiadłym mlekiem są prawdziwym przebojem.

DK: Te wszystkie przepisy są Pani?
MK: Moje, twoje, nasze. Takie bardzo domowe, bardzo zwyczajne, bardzo kobiece.

DK: Pani ulubiona kuchnia?
MK: Hm… Teraz jestem w trakcie zrzucania kilku kilogramów dlatego gustuję w nieco zmodyfikowanej kuchni śródziemnomorskiej. Zmodyfikowana, ponieważ dzisiaj ta kuchnia jest za bogata w oliwy i oleje, przez co przestaje być kuchnią lekką. Ale zdecydowanie taka kompilacja. Poniekąd wchodzę w kuchnię fusion, łączę różne smaki. Podążam ścieżką niskokaloryczności i zdrowia. Na sobie stwierdziłam, że warto zdecydowanie. Zauważyłam, że są rzeczy które szkodzą mi na urodę, a które uwielbiam.

DK: Ma Pani w planach jakąś kolejną książkę?
MK: Tak. W lipcu wyjeżdżam z Polski do Korei Południowej. Tam mam święty spokój, będę siedziała w zaciszu domu i pisała. W zasadzie już ¾ powieści jest rozgrzebana. Ta książka nie będzie miała wątków kulinarnych.  

DK: Czy mogłaby Pani podać naszym czytelnikom przepis na potrawę by zwalczyć chłodne dni odczuwane wewnętrznie i zewnętrznie?
MK: Na chandrę, na złe samopoczucie, na zziębnięcie duszy i ciała najwspanialszym wynalazkiem kulinarnym jaki jest to rosół. Każda z nas ma swój przepis na rosół. Rosół jest najbardziej kosmopolityczną zupą, jest znany pod każdą szerokością geograficzną. Natomiast polski rosół nie może się obyć bez polskich ziół. I mam tu na myśli lubczyk. Gdy dodamy do rosołu zrumienioną na ogniu cebulę, gałązkę lubczyku, gałązkę świeżego selera i dodamy to wszystko na pół godziny przed zdjęciem garnka z rosołem z ognia, to otrzymamy symfonię smaku. Ja sobie jesienią przygotowuję takie wkładki do rosołu. Są to gałązki kopru, selera i lubczyku, które wiążę niteczką bawełnianą i zawijam w papier woskowy. Następnie przechowuję w zamrażalniku. Później wyciągam w zimie taką roleczkę i dodaję te zamrożone łodygi do rosołu. Efekt jest piorunujący, a z tym lubczykiem jest taki wspaniały polski smak. I taki rosół podaje się na złamane serce, na złamaną duszę albo gdy ktoś mówi: o matko, jak zmarzłem! Polecam i wszystkim życzę smacznego :)